Ceny na Malcie czyli “pieniądze to nie wszystko, ale wszystko bez pieniędzy to…”

To znane porzekadło wyciągnięte żywcem z polskiej komedii o zbliżonym tytule, zdradza moje pierwotne intencje. Może nie tyle, że inspirowałem się pragmatyzmem jego bohaterów, ale z pewnością kwestie materialne miały ogromny wpływ na przeprowadzkę. 

Dlatego najpierw opowiem wam o niekoniecznie najważniejszym, lecz zdecydowanie bardzo istotnym aspekcie życia za granicą. 

Za każdą przyjemność przyjdzie nam zapłacić w euro, co już powinno wam zdradzić, że o ile Malta jest rajem podatkowym (chodź nie do końca), to niekoniecznie cenowym. 

Na szczęście nie jest tak źle, tym bardziej, że w euro są również zarobki. I te, chociaż nie są najwyższymi w Europie, to pozwalają na spokojne życie na wyspie. 

Prawda jest taka, że choć Malta brzmi egzotycznie, nawet nieco luksusowo, to jednak daleko jej do Seszeli, Hawajów, Kuby czy Bali. To nadal miejsce, gdzie żyje się jak wszędzie, istnieją firmy niezwiązane z turystyką, ludzie chodzą normalnie do pracy, a po niej oddają się rozrywkom. 

Z tą jednak różnicą, że zamiast na ławkę przed blokiem, po pracy można udać się na plażę, kamienistą, ale jednak plażę. 

Ceny na Malcie pozwalają na spokojne oddanie się wypoczynkowi bez zmartwień. O ile jesteście mieszkańcami lub turystami z bogatszych krajów świata. Co ważniejsze, nie trwają tu wieczne wakacje, a co za tym idzie nie panują wiecznie wakacyjne ceny. 

Generalnie, w zależności od produktu, w sklepie płacę za niego około 50% więcej niż w Polsce. Czasami ceny na Malcie przekraczają wartość polskiego produktu nawet dwu- lub trzykrotnie, chociaż ciąglę będę podkreślał, że w europejskiej skali nie ma takiej tragedii, jakiej mogłem się spodziewać. 

Po portfelu z pewnością uderzą warzywa i owoce, oraz niektóre produkty spożywcze, których koszt uzależniony jest od transportu morskiego. 

Co z jedzeniem na mieście? 

Trochę lepiej wygląda oferta knajp, których ceny są zbliżone do polskich restauracji o podniesionym standardzie lub modnych lokali (mniej lub bardziej hipsterskich). 

Zacznijmy jednak od początku, czyli napoi.

Na Malcie zwykły lager kosztuje mniej więcej tyle, co w Polsce piwo rzemieślnicze, na które browarnicy chuchali i dmuchali. 

Pamiętajcie, że opowiadam wam o archipelagu dość niewielkich wysp, więc większość produktów jest importowana i co prawda można się tu napić piwa z miejscowego browaru Cisk, ale z całą pewnością nie jest on wart swojej ceny, zwłaszcza w lokalizacjach, które sprzedają go z kilkuset procentową marżą.

Im dalej od stolicy, tym lepiej

Jeżeli po przylocie na Malcie chcemy szukać oszczędności, sugerowałbym skierowanie się na środek lub południe Malty. 

Tam, pomimo że nie znajdziecie tętniącego życia wyspy, to z pewnością fajnie spędzicie czas na zwiedzaniu jej spokojniejszej części. Co za tym idzie, ceny są znacznie niższe niż w miastach nastawionych na turystykę. 

Ewentualnie, zwiedzanie można zacząć od północnej strony archipelagu, gdzie znajduje się wyspa Gozo, która w ramach jednego państwa, stanowi nieco inny świat – na tyle odrębny, że miejscowi żartują, że niekoniecznie są Maltańczykami. 

Tam też jest taniej niż na głównej wyspie

Ceny są znacznie wyższe tam, gdzie najważniejsze ośrodki turystyki krajowej. Ważną lokalizacją na mapie odwiedzających Maltę jest Valletta – jak niemal każda stolica na świecie, ta też wiąże się z większymi wydatkami na życie. 

Podobne ceny obowiązują w innych miastach np. w Sliemie i graniczącym z nim St. Julian’s. Chociaż, jeśli zrezygnujcie z promenad czy głównych ulic i zagłębicie się w wąskie, boczne uliczki, to może was spotkać miła niespodzianka. 

Im dalej od morza, tym koszty kolacji czy drinka zaczną spadać, a lokale nadal są klimatyczne i warte odwiedzenia. Nawet w sklepach ceny potrafią być kilkukrotnie niższe. 

Nieco lepiej pod tym kątem jest w moim miejscu zamieszkania, czyli Gżirze, chociaż “nieco lepiej” to jednak kosmetyczna różnica, ponieważ położone jest vis-a-vis Valetty, co przekłada się na ceny. 

Co kupisz za 50 zł?

Doskonałym polskim przelicznikiem są zakupy na kolację za 50 zł dla dwóch osób. 

W Polsce za tę kwotę kupicie całkiem dużo – pieczywo (5 zł), ser w plastrach (5 zł), ser pleśniowy (10 zł), pomidory (8 zł), wino (25 zł). Ceny na Malcie nie pozwolą na takie “atrakcje”, co dla turysty może być sporym uderzeniem po kieszeni. 

Albo zdecydujecie się lekko zwiększyć budżet, albo nie kupicie takich rarytasów. 50 zł to niestety tylko 12 euro. Co za to taką kwotę kupimy na Malcie?